czyli historie zapachem pisane
Licznik Odwiedzin, Licznik Wizyt
RSS
piątek, 13 listopada 2009

Opowieść o zapachu cesarzowej: Eau de Cologne Imperiale Guerlain

Wielki klasyk Guerlain pachnie lawendą..Całym łanem lawendowego pola.Rozgrzanego słońcem...muśniętego powiewem ciepłego południowego wiatru..mokrego od wieczornej rosy.Uwielbiam eteryczny zapach tych niepozornych fioletowych kwiatuszków, które mają w sobie niesamowitą moc.

Imperiale zostały stworzone dla cesarzowej Eugenii, żony Napoleona III.Obecnie często spotykam sie z określeniem,ze jest to zapach męski.Nic bardziej mylnego.Nie wierzę w to-za wiele w nim nut kwiatowych.Wątpię, że jakikolwiek mężczyzna chciałby tak pachnieć;).Imperiale pachną niemal wyłącznie lawendą.Napisałam "niemal", ponieważ oprócz lawendy wyczuwam wyraźnie zapach mojej ukochanej neroli.Aromatyczne kwiatki tej odmiany pomarańczy nadają całości kompozycji balsamicznej i harmonijnej lekkości, równocześnie utrwalając ja swoją gęstą i duszną słodyczą.Oprócz neroli i lawendy nie wyczuwam z osobna pozostałych nut ze składu, ale one niewątpliwie są..Na pewno są..Tworzą aromatyczne ziołowe tło, na którym wibrują nuty główne.Całość jest naprawdę cudowna.Imperiale jest jednym z niewielu zapachów, które można określić słowem: WSPANIAŁE

nuty głowy: bergamotka, neroli, werbena, cytrusy, pomarańcza

nuty serca: lawenda

nuty bazy: drzewko cedrowe, bób tonka

rok powstania: 1853

twórca: Pierre-Francois-Pascal Guerlain

środa, 11 listopada 2009

Opowiesć o pierwszej miłości First Love Van Cleef & Arpels

 

Piewszym zapachem Van Cleef & Arpels jaki poznałam, było klasyczne First.Polubiłam go wtedy jednak nie do końca był mój z powodu aldehydowej nutki retro, jaka sie w nim przewijała.Do wersji First Love podeszłam więc tym bardziej bez zbytnich nadziei, nauczona doświadczeniem, że zwykle wariacje na temat klasyków kończa sie klapą.I tu spotkało mnie miłe rozczarowanie.Od klasyka First Love różni niemal wszystko.Mogę nawet powiedzieć,ze jest to zupełnie inny zapach.Jedyna rzecz jaka nawiązuje do klasyka to wygląd flakonu i nazwa.Reszta jest inna...piękniejsza.First Love jest balsamem dla mojego nosa i to w dosłownym znaczeniu tego słowa.Rozkwita na mojej skórze mnóstwem kwiatowych wonnych orientalnych olejków najprzedniejszej jakości.Żaden z tych olejków nie wysuwa sie na pierwszy plan lecz z resztą tworzy bardzo harmonijną całość.Wyraźnie wyczuwam zapach płatków róży, lecz nie tak gryzący jak np w perfumach Lutensa Sa Majeste La Rose, lecz maksymalnie skondensowany, scukrzony, gęsty i słodki.Płatki tych róż skąpane są w nucie mleczno-pudrowej, dajacej efekt podobny jak w słynnym Le Feu Miyake, jednak od tamtych rózni je dodatek śliwki, której w składzie nie ma, ale którą wyraźnie wyczuwam.Całosc okraszona jest pieprzem gwinejskim, którego dodatek nadaje zapachowi pazura.W składzie znajduje się także ylang-ylang, którego to nie czuję ani troszkę.Jednak myślę,ze to nuta tego kwiatu nadaje całości kompozycji tej wspaniałej mięsisto-orientalnej harmonii.Jestem tym zapachem naprawdę oczarowana i uważam,że w powodzi ulepkowo-landrynkowych nowości naprawdę zasługuje na uwagę.

nuty głowy: mandarynka, pieprz gwinejski, piwonia

nuty serca: osmantus, ylang-ylang, orchidea

nuty bazy: ambra, wanilia, paczula

rok powstania: 2006

twórca: Christopher Raynaud

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Opowieść o fiołku z lodu: Fleurs d`Ombre Violette-Menthe, Jean-Charles Brosseau

Orzeźwiający aromatyczny podmuch ledwo wyczuwalny na twarzy..delikatne muśnięcie skóry płatkami kwiatów.Dreszczyk chłodu poranka.Zapach fiołków, pokrytych warstewką szronu-oto Violette-Menthe.Słyszałam o nim już wiele opinii-przede wszystkim związanych z jego pudrowością.A to,że jest babciny.A to,że jest przez tą pudrowość nieznośnie męczący.Ale dla mnie jest inny.Moja skóra go lubi zdecydowanie.Nie ma mowy o żadnej "babciowości".Rozwija się na mnie gwałtownie i mimo swojej eterycznej fiołkowości jest dość intensywny i trwały.Wyraźnie wyczuwam z nim pokryte delikatnym meszkiem orzeźwiające listki świeżej mięty, dopiero co przyniesionej z ogródka.Jest jeszcze ciepła, od promieni słońca, które chwilę wcześniej ją pieściły.Chwilę potem wyłania się fiołek.Jest pudrowy-owszem,ale dla mnie ta pudrowość dla tych delikatnych kwiatuszków jest czymś tak naturalnym i uroczym,że nie wierzę po prostu,że można się przyczepić do tej własciwości:)Mnie ta pudrowość nie męczy nic a nic.Za to w połączeniu z zimnymi nutami mięty tworzy cudowną letnią kompozycję.Nie jakąś erotyczną i przyciągającą płeć przeciwną.Raczej do upajania się tak po prostu dla własnej przyjemności w cieniu szumiących od letniego wiatru drzew, popijając słodką lemoniadę przez słomkę.W końcowych fazach zapach uspokaja się i wycisza.Już nie pulsuje na skórze gwałtownymi chłodnymi wybuchami, lecz snuje się po niej jak delikatny, satynowy szal.Patrzę tak jeszcze na nuty i jakoś trudno mi uwierzyć,że wszystkie te składniki zostały w tym zapachu zawarte.Naprawdę poza fiołkiem i miętą nic więcej nie wyczuwam.Dla mnie to czysty melanż tych właśnie dwóch dominujacych składników

nuty głowy: bergamotka, czarna porzeczka, mięta pieprzowa, mięta zielona, melon, miód,

nuty serca: biała lilia, ylang-ylang, róża, fiołek parmeński, kwiat pomarańczy, jaśmin, peonia

nuty bazy: drzewo sandałowe, mech dębowy, irys, poziomka, orzech kokosowy, karmel, ambra, wanilia, piżmo

rok powstania: ?

twórca: ?

nuty pochodzą z serwisu www.lumiere.pl

niedziela, 01 marca 2009

Opowieść o roślinach: Premier Figuier/Premier Figuier Extreme, L`Artisan Parfumeur

premie figuier

Nie bez powodu obie wersje umieściłam obok siebie w tytule tej notki.Zrobiłam to, ponieważ jak na mój nos niewiele je od siebie różni.Jedynie Extreme jest bardziej kremowa,ale to nadal ten sam zapach.

Wyobraźcie sobie zapach zielonego liścia, takiego dopiero roztartego w palcach.Albo inaczej-zapach świeżych roślin, wrzuconych razem z łodyżkami do moździerza i utartych w nim.Pod naciskiem zaczyna wyciekać z nich gęsty, zielony sok o nieco cierpko-słodkim aromacie.Świeży i orzeźwiający z mleczną nutą w tle.Nie wiem jak pachnie drzewo figowe, którego zapach Premier Figuier ma  oddawać, jednak musi być cudownym uczuciem wypoczywać w cieniu takiego drzewa.Jednak nie same liście czuć w tych perfumach.Oto po zielonym otwarciu zaczyna się stopniowo wyłaniać z głębi kompozycji mleczny akord.Ale nie jest to ten stonowany rodzaj "mleczności", jak np w Kenzo Amour, czy Le Feu d`Issey.To mleczność bardzo solidnie okraszona tym zielonym, liściastym sokiem, pulsująca tymi sokami na skórze.Zaraz potem wyraźnie wyczuwam zapach migdała i kokosa.W tym momencie pozostaje zamknąć oczy i oddać się chwilom błogiego zapomnienia.Premier Figuier można zaliczyc do zapachów z gatunku "świeżych", jednak nie jest to "świeżak" typowy.Zapachy świeże przynajmniej na mnie zwykle się nie rozwijają(wyjątkiem jest Ogródek Śródziemnomorski Hermesa), natomiast Premier Figuier co chwilę pozwala odkryć w sobie coś nowego.Nutę, która pozwala upajać sie nim ciągle od nowa.Premier Figuier jednak nie lubi zimy.W chłodnym powietrzu na skórze gaśnie.Dopiero gdy dotkną go pierwsze wiosenne, ciepłe promienie słońca wyraźnie ożywa i ukazuje całe swoje niebanalne piękno.

 NUTY PREMIER FIGUIER EDT:

nuty głowy: galbanum, kwiat brzoskwini, liście figowe

nuty serca: drzewo sandałowe, mleczko migdałowe, świeże figi

nuty bazy: mleczko kokosowe, suszone owoce, pinia

NUTY PREMIER FIGUIER EXTREME:

nuty głowy: liscie figowca, krzew brzoskwini, kwiat jałowca ciernistego

nuty serca: świeże figi, mleczko migdałowe, sandałowiec

nuty bazy: pinia, suszone owoce, mleczko kokosowe

rok powstania: 1994

twórca: Olivia Giacobetti

zdjęcie i nuty zapachowe pochodzą ze strony missala.pl 

czwartek, 26 lutego 2009

Opowieść o mocy: Le Parfum,Sonia Rykiel

le parfum rykiel

Doprawdy nie spodziewałam się,że kiedykolwiek będę miała możliwość powąchać ten zapach na żywo, a nie np z jakiejś wysępionej od kogoś próbki.Do tej pory widziałam go tylko w postaci miniaturek na Allegro.A tu taka niespodzianka w Superpharm:)Podeszłam do niego z zachłanną ciekawością.Bo zawsze przecież chciałam go poznać, a nie miałam jak dotąd okazji.Do tego flakonik o wiele piękniejszy, niż wydawał mi się na zdjęciu.Toteż nie pożałowałam sobie tego złotego płynu.I o mało nie zwalił mnie z nóg.Pierwsza myśl-gdzie jest najbliższa toaleta,żeby zmyć TO z siebie.Postanowiłam jednak być twarda i pomimo napływających już niemal do oczu łez wytrzymałam to pierwsze gwałtowne uderzenie.A było ono pełne mocy aldehydów i kwiatów skąpanych jakby w gęstym, słodkim syropie.Nawet w pewnym momencie wydawało mi się,że wyczuwam coś jakby nutkę karmelu.Po chwili jednak zaczęło się pojawiać COŚ.Niesamowicie interesująca nutka, która sprawiała,że nadgarstek wąchałam co chwilę.Nieco owocowa..wiśniowo-brzoskwiniowa nawet.Słodko-winna.Piękna i szlachetna.Wyczułam tutaj dalekie podobieństwo do Femme Rochas.Dopiero na koniec nadchodzi czas na delikatną ,szyprową mgiełkę, która utrzymuje się na skórze bardzo, bardzo długo i nadaje kompozycji takiego szlachetnego połysku.Ogólnie sama kompozycja jest inna niż myślałam.Spodziewałam się owszem bogactwa nut i to akurat dostałam.Jednak myślałam,że Le Parfum będzie bardziej słodko-kwiatowy.Może nawet nieco miodowy.Że w ogóle będzie bardziej przystępny dla nosa.Bardziej uniwersalny.Nie jest taki zdecydowanie.Nie wiem, czy odważyłabym się go kiedykolwiek na siebie założyć.Choć w bliżej nieokreślonej przyszłości nie wykluczam tego, bo choć to ciężki kaliber,to Le Parfum jest naprawdę bardzo intrygujący.

nuty głowy: aldehydy, pomarańcza, bergamotka, malina, brzoskwinia, poziomka

nuty serca: miód, goździk, tuberoza, irys, jaśmin, róża

nuty bazy: fasola tonka, bursztyn, paczula, benzoes, cywet, wanilia, styrax, wetiwer, mech

rok powstania: 1993

twórca: Richard Ibanez

zdjęcie pochodzi ze strony perfumeria.pl, nuty zapachowe podałam za fragrantica.com

sobota, 21 lutego 2009

Opowieść o dzikiej bestii: Le Baiser du Dragon, Cartier

dragon

Trudne zapachy charakteryzują sie tym,że zwykle wystarczy jeden niuch i wiadomo, czy będzie z tego miłość czy nienawiść.Ze Smokiem jednak nie jest taka prosta sprawa.Jego pocałunek bywa zdradliwy.Bo to, czy on pozwoli się pokochać, czy nie, zależy tylko i wyłącznie od niego, a nie od własnego nosa, czy nawet własnej skóryA nawet jak już łaskawie pozwoli się oswoić, to związek z nim jest bardzo trudny i wymagający.Ta przewrotna Bestia nie idzie na kompromisy.Nie raz dała popalić mojemu zmysłowi powonienia.Gdy ma humor, leniwie pomrukując zerka na mnie swoimi złotymi ślepiami i rozkosznie mrużąc je, otacza mnie wonią delikatną i miękką.Na ciepłym, żywicznym podkładzie z cedrowego drewna rozsypują się płatki róż, gardenii i irysa, tworząc kompozycję bardzo seksowną i pociągającą.W tle bije jak gorące serce upajająco słodka nuta amaretto.Woń ta otula niczym gęsty dym, wnikając w skórę i nadając jej szlachetnej pachnącej gładkości.Wystarczy jednak, gdy Pocałunek Smoka zostanie zaaplikowany w gorszy dzień.Nagle zaczyna ziać kwaśnymi nutami niczym siarką i odstraszać potencjalnych adoratorów.Bo oto kwiaty gdzieś znikają.Znika miękkość i otulające ciepło.Zostaje chłód,suchość i nieznośnie kwaśna, surowa i cierpka woń.Bez cienia słodyczy.Pocałunek Smoka staje się nagle obcy i nieprzyjazny.A nie ma gdzie przed nim uciec, bo jest nieprawdopodobnie trwały.Zapach ten zaskakuje z każdą chwilą.Trudno go jednoznacznie opisać.Bo czy jest słodki?-jest.Ale gorzki tez być potrafi.Czy jest miły dla nosa?-jest.Jednak co z tego, skoro potrafi też nieprzyjemnie zaskoczyć.Pocałunek Smoka jest zapachem, który trzeba ciągle oswajać na nowo, ale który też coś nowego pozwala w sobie odkryć.Jakiś niuans, który do tej pory umknął uwadze.Jakąś ciekawą, interesująca nutkę.Rzadko jednak pozwala sobie na takie fanaberie.Zależy, czy on polubi osobę, która go nosi.Na mnie zwykle jest suchy, kwaśny i nieprzyjemny.Jednak wystarczy,gdy nieco ogrzeję skórę, a on zaczyna swoje rozkosznie otulające mruczando.I jeszcze rada na koniec: są czasem momenty, gdy wybiegając z domu w pośpiechu trzeba na szybko wybrać zapach.Od Pocałunku Smoka lepiej trzymać się w takich momentach z daleka, bo nawet jeśli do tej pory leżał na skórze bez zarzutu, może sprawić gorzkiego psikusa;)

nuty głowy: amaretto, neroli, gardenia

nuty serca: irys, drzewo cedrowe, piżmo, róża

nuty bazy: wetiwer, benzoin, ambra, paczula

rok powstania: 2003

twórca: Alberto Morillas

Opowieść o żywym płomieniu: Le Feu d`Issey, Issey Miyake

le feu

Le Feu to kolejny zapach, który poznałam zbyt późno.Pamiętałam owszem z przeszłości czerwoną kulę, jak zapomniana przez wszystkich smętnie zagrzewała miejsce w najciemniejszym kącie perfumeryjnej półki.Ludzie ją omijali.Ja też, choć zapachu nie znałam.I jakoś nie miałam ochoty go poznać.Myślałam,że nie jest tego wart.Myliłam się, o czym miałam się przekonac za kilka lat.Zarejestrowałam ten moment, gdy Le Feu zniknął z perfumiarskiego świata, jednak nadal mnie nie pociągał.Dopiero wtedy, gdy na Wizażu na jego temat zaczęłam czytać same peany, a na Allegro czerwone flakoniki zaczęły osiągać niebotyczne ceny, zainteresowałam się.Zapragnęłam go poznać, choć trochę się obawiałam,że i mnie oczaruje.Jednak pragnienie było tak silne,że w drodze wymiany zdobyłam w końcu próbkę i spróbowałam.Pamiętam, jaką przemożną chęć ucieczki poczułam, gdy pierwszy raz powąchałam Le Feu.Nie mogłam uwierzyć,że za ten zapach niektórzy byli gotowi zapłacić połowę pensji.Oto Le Feu kompletnie się na mnie nie rozwinął.Z nadgarstka unosiła się za to toksyczna, męcząca i mdła chmura.Nie mogłam go znieść.Znowu czekało go zapomnienie.Próbka wylądowała w najciemniejszym kącie.Profilaktycznie postanowiłam jednak nie pozbywać się jej na dobre, bowiem nie raz już zmieniła mi się zapachowa percepcja, dzięki czemu znienawidzony wczesniej zapach potrafiłam pokochać nagle i na zabój.I tak próbka przeleżała w szufladzie rok,aż nadszedł czas, gdy uznałam,ze znowu chcę się z Le Feu zmierzyć.Pomna wcześniejszych wrażeń naniosłam zapach na nadgarstek nieśmiało najpierw.Gdy zauważyłam,że nic złego sie nie dzieje, poszłam na całość i skropiłam się dość solidnie.I zrozumiałam, skąd te zachwyty.

Pierwsze uderzenie to płatki róż skąpane w gęstym, słodkim mleku.Róże, które oddały mu całą swoją aromatyczną woń.W tej pierwszej fazie zapach łagodnie parował z nadgarstka, stwarzając poczucie błogiego bezpieczeństwa.Jednak trwało to tylko chwilę.Bo oto poczułam jak w Le Feu wstępuje życie.Zaczął się budzić na skórze jak ziejący ogniem wulkan.Z początku pełgał po niej jak płomyczki dopiero co rozpalonego ogniska, by po chwili nabrać energii i wybuchnąć płomieniem gwałtownym, który wesoło trzaskając wyrzucał z siebie anyżkowe iskierki.Mleczna łagodność zaczęła mieszać się z ostrością przypraw.Na pierwszy plan wysunęły się aromatyczne goździki w duecie z kolendrą.Po chwili pojawił się cedr w towarzystwie drzewa gwajakowego.W tle cały czas obecna jest upojna gardenia.Wyczułam też tytoń.Nie ma go co prawda w składzie,ale czuję go wyraźnie.Jego gęsty aromat owionął niczym dym całokształt kompozycji, dodając jej charakteru i mocy.Nie spodziewałam się,że Le Feu będzie w stanie chwycić mnie za serce,szczególnie po tym, jak potraktował mnie przy pierwszym poznaniu.Mało jest perfum tak niejednoznacznych i wielowymiarowych.Le Feu jest z pewnością zapachem trudnym, ale naprawdę żal,że został wycofany.

nuty głowy: bergamotka, drzewko różane, anyżek, kokos, pieprz, kolendra

nuty serca: jaśmin, róża bułgarska, gardenia, mleko, karmel, konawalia, tuberoza, lilia złocista, goździk

nuty bazy: cedr, drzewo sandałowe, wanilia, piżmo, ambra, benzoes, drzewo gwajakowe

rok powstania: 1998

twórca: Jacques Cavallier

piątek, 20 lutego 2009

Opowieść o zapachu przeciwieństw: Eau Torride, Givenchy

torride

 Nadchodzi burza.Dmie leniwy, gorący wiatr, niosąc ze sobą tumany kurzu i parne powietrze z pól.Rośliny nadaremnie wyczekujące deszczu, zwijają swoje liście w suche kłębuszki i ciężko dysząc od nadmiaru słońca, pokładają się na suchej jak pieprz ziemi.Owady, dotąd uwijające się wśród kwiatów, straciły animusz i ospale unoszą się w powietrzu.Horyzont ciemnieje.Gęste chmury kłębią się w oddali, co jakiś czas wypluwając z siebie snopy iskier.Grzmi.Powietrze zastyga w bezruchu.Wszystko co żyje chowa się w bezpieczne miejsce.Nie ma czym oddychać.Pot spływa z czoła.Usta rozchylają się łapczywie pragnąc powietrza.Cisza.Nagle na suchą ziemię spada kropla deszczu.Jedna..druga..kilkaset.Szum wody zakłóca ciszę.Gorące powietrze miesza się z chłodnym, które nadeszło od strony czarnych chmur.Kłęby kurzu pod uderzeniami ciężkich kropel wzbijają się w powietrze.Rośliny podnoszą się z ziemi i łapczywie zaczynają pić wodę.Wtedy deszcz zamienia się w grad, który wściekle siecze opite deszczem trawy.Strąca główki kwiatów.Utyka w korze drzew.Grzmi coraz głośniej.Gwałtowna nawałnica przetaczająca się nad ogrodem czyni spustoszenie.Nagle cisza.Spoza chmur wygląda nieśmiało czerwone słońce.Wisi coraz niżej nad horyzontem i ostatkiem sił niszczy ostatnie gradowe kule rozsypane po ogrodzie.Powietrze zrobiło się rześkie, ale nadal czuć w nim gorące oddechy minionego upału, które umknęły zniszczeniu, a które teraz  niepewnie wypełzają spośród traw.

Tak widzę Eau Torride.Zapach przeciwieństw.Równocześnie zimny i gorący.Jak rozgrzana od słońca ziemia, na którą posypał się lód.Torride buzuje na skórze soczystym, roślinnym sokiem.Paruje z niej jak krople deszczu z liści.Torride nie jest zwykłym świeżakiem.Nawet nie wiem, czy wogóle nim jest.Jest owszem świeży, ale jakoś tak inaczej..na swój sposób.Świeżość została przełamana ciepłym zapachem mandarynki.Aromatyczną chmurką bergamotki i jaśminu.W tle czai sie bambus, który dodaje kompozycji soczystej energii.Torride można pokochać lub znienawidzić od razu.Nie ma innej możliwości.Ja go kocham.Bezwarunkowo.

nuty głowy: mandarynka, bergamotka, cytryna

nuty serca:jaśmin

nuty bazy: drzewo sandałowe, bambus

rok powstania: 2002

twórca: Christine Nagel

 

środa, 18 lutego 2009

Opowieść o kuszeniu: All About Eve, Joop

 eve

Zapach kusicielki.Kobiety o zalotnym spojrzeniu, wodzącej na pokuszenie.Smakującej powoli pyszny owoc, zerkającej równocześnie figlarnie spod rzęs i sprawdzającej czy niecny zamiar się udał.Ten owoc to jabłuszko.O błyszczącej zielonej skórce, białym soczystym miąższu i nieco kwaskowatym smaku.Zapach tego jabłka kojarzy mi się bardzo silnie z zapachem szamponu "zielone jabłuszko", który zapamiętałam z dzieciństwa i rzewnie wspominam.Te perfumy po prostu nie mogły pachnieć inaczej.Jednak to nie wszystko-zapach Ewy nie jest jednostajny i nudny.Co to to nie.Oprócz wyraźnej nuty zielonego jabłka w tle czai się wanilia.Otula delikatną jadalną smużką kompozycję i nadaje jej świetlistej lekkości.Po chwili pojawia się cynamon i heliotrop, nadające posmaku lodów śmietankowych posypanych tymże cynamonem.All About Eve są cudownie smakowite.Cieplutkie i zmysłowe.Kojarzą mi się z bezpieczeństwem i spokojną miłością.Z ciepłymi wieczorami spędzanymi w objęciach ukochanego mężczyzny.Szkoda,że zostały wycofane

nuty głowy: jabłko, brzoskwinia, aksamitka, frezja, nuty zielone

nuty serca: jaśmin, konwalia, heliotrop, cynamon, róża

nuty bazy: wanilia, bób tonka, paczula, sandałowiec,piżmo

rok powstania: 1996

twórca:(?)  

Opowieść o zapachu doskonale skórzanym: Dzing!, L`Artisan Parfumeur

dzing

Zapach Dzing! inspirowany był cyrkiem.Miał oddawać jego atmosferę: dobra zabawa, śmiechy, zapach ćwiczonych zwierząt.Ja jednak cyrku w tym zapachu nie czuję.Jedyne co się zgadza, to dynamizm.Bo Dzing! jest zapachem zdecydowanie dynamicznym.Zmienia się jak w kalejdoskopie.Trochę już sie znamy, a on nadal mnie zadziwia.Pulsuje życiem na mojej skórze i na zmianę zdradza swoje dwa oblicza.Czasem  jest fizjologicznie ostry.Kiedyś nawet gdzieś przeczytałam,że czuć w nim zapach spalonej gumy.Dla mnie jednak ta pierwsza nuta to raczej pierwotny zapach mocno rozgrzanej skóry zmieszanej z potem.Zapach zwierzęcej sierści.Zapach podniecający, wzbudzający gwałtowne pożądanie.Pobudzający do kierowania się instynktami najniższymi.Za chwilę jednak moja skóra robi mi psikusa i wysładza go.Dzing! powoli uspokaja się.Spuszcza z tonu. Staje się przytulny, wibrujący słodkościami i otulający.Już nie wybucha gwałtownie ze skóry, lecz ociera się o nią przymilnie.Choć ta zwierzęca ostra nutka nadal czai się gdzieś w tle pod płaszczyzną tej fałszywej delikatnosci i złowieszczo pomrukuje..Oba oblicza tego arcydzieła L`Artisan uwielbiam.Dzing! potrafi dostosować się do nastroju osoby noszącej go.W zależnosci od temperatury skóry jest nieposkromionym tygrysem lub miłym kotem.Wspaniały.Czapki z głów

 nuty głowy: imbir, biały irys

nuty serca: biały cedr, kawa, żonkil

nuty bazy: szafran, piżmo, benzoes, kastoreum

rok powstania: 1999

twórca: Olivia Giacobetti 

wtorek, 17 lutego 2009

Opowieść o zapachu doskonale skrojonym: Desnuda, Emanuel Ungaro

desnuda

Emanuel Ungaro pragnął stworzyć zapach dopasowany do kobiety.Dopasowany do niej jak jego ubrania, szyte bezpośrednio na ciele modelki, a nie na manekinie.Zamiar się udał.Desnuda jest delikatna i zmysłowa jak kobiecy oddech.Flakonik krągły i delikatnie zaróżowiony jak jej ciało.Sam zapach można aplikować za pomocą atomizera, bez atomizera lub za pomocą jedwabnego pędzelka bezpośrednio na skórę.Te różne sposoby aplikacji miały podkreślać wielowymiarowość i uniwersalność zapachu.Podkreślać oddziaływanie na wszystkie zmysły-także dotyku.Bo Desnuda ma dwa oblicza.Pierwsze poznałam kilka lat temu, gdy ten zapach poznałam. Otrzymałam próbkę, jednak po kilku testach odstawiłam ją.Nie był on szyty na mnie.Nie wyczuwałam go praktycznie na skórze.Miałam wrażenie,że wącham wodę, w której jedynie zatopiono płatki róż.Czytałam już wcześniej o jego słabej trwałości więc specjalnie zdziwiona nie byłam.Dałam mu czas, postanawiając wrócić do niego gdy będę gotowa.Nadszedł on niedawno i inaczej Desnudę teraz odbieram.Nie wiem, dlaczego tak jest.Może pH skóry się zmieniło..W każdym razie po zaaplikowaniu na nadgarstek poznałam drugie oblicze Desnudy.Poczułam mocne, kwiatowe uderzenie.To już nie był ten sam zapach, który kilka lat temu nieśmiało ulatywał z nadgarstka.Teraz okazał się zdecydowany, choć delikatny.Zadziorny równocześnie za sprawą pieprzu i kardamonu.Otulił mnie przyjemną dla nosa wonią kwiatów pomieszanych z cynamonem.Na koniec zamienił się w delikatny, kwiatowy puder i pachniał jak skóra po prysznicu.Seksownie i miękko na tej skórze się ułożył.Nie jest to zapach dla kobiety ostrej.Raczej dla delikatnej, promieniującej wewnętrznym ciepłem.Uwodzącej za pomocą swojego naturalnego uroku i delikatnych, promiennych uśmiechów.

nuty głowy: mandarynka, biała brzoskwinia, czerwone jagody, bergamotka

nuty serca: frezja, jasmin, irys, chińska róża, mimoza

nuty bazy: drzewo sandałowe, osmantus, wanilia, cynamon

rok powstania: 2001

twórca: (?)

Opowieść o melanżu migdała z pomarańczą: Castelbajac Perfume, Castelbajac

 castelbajac

Na wizażowym forum perfumowym wielokrotnie byłam świadkiem zachwytów nad tym zapachem i bardzo pragnęłam go poznać.W końcu mam próbkę i na początku ciężko mi było te zachwyty zrozumieć.Nałożyłam maleńką kropelkę na skórę.I odniosłam wrażenie, jakbym skropiła ją zwykłym migdałowym olejkiem do ciasta.Zapach płaski i jednostajny.Omdlewająco słodki.Skrzywiłam nos.Zawód.Rozczarowanie.Niemożliwe.Przecież te zachwyty na Wizażu nie mogły być bezpodstawne.Na pewno nie tam.I ten autor zapachu..Maurice Roucel..nie..to niemożliwe.Postanowiłam więc pójść na całość.Na nadgarstek tym razem wylałam prawie pół próbki.I zaczęło się.Najpierw te migdały.Mnóstwo migdałów.Ale już nie takie płaskie.Gęste i esencjonalne.Przyjemnie drażniące nos swoją słodką wytrawnością.Po chwili pojawia się upojna nuta kwiatów pomarańczy.Nie czułam jej wcześniej.Najpierw skrada się przy skórze nieśmiało, żeby za chwilę wybuchnąć na niej całą swoją aromatyczną mocą.Prawie usiadłam z wrażenia, a to nie koniec doznań.Oto mojego nosa dobiegła woń smakowitego amaretto.Nuta zawiesista jak miód.Drapiąca niemal w gardło swoją słodyczą.Odurzająca do granic rozkoszy olfaktorycznych.Wymienionych w składzie kwiatów nie czuję,ale to chyba ich melanż dał taki efekt wybuchowej mieszanki słodkości.Castelbajac wyrożnia się zdecydowanie na tle coraz to nowych powstających słodko-landrynkowych perfum.Jest wyrafinowany i szlachetny.Niebanalny.Dojrzały.Magiczny.Równocześnie przytulny i romantyczny.Piękny.

nuty głowy: migdał, kwiat pomarańczy

nuty serca: konwalia, cyklamen

nuty bazy: wanilia, drzewo cedrowe, paczula

rok powstania: 2001

twórca: Maurice Roucel 

poniedziałek, 16 lutego 2009

Opowieść o ścieżkach młodości: Anna Sui, Anna Sui edt

sui

 Zanim poznałam zapach zachwycił mnie flakonik.Wygrzebałam go kiedyś w czeluściach internetu i od tej chwili jego urok nie dawał mi spokoju.Piękne, czarne koronki i nasycony, liliowy fiolet.Uwielbiam takie połączenia kolorów.Wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach-jaki to cudny zapach tak piękny flakonik może w sobie kryć.Spodziewałam się zapachu gęstego, esencjonalnego, niebanalnego.Nie zawiodłam się.Gdy w końcu udało mi się zdobyć próbkę z radością stwierdziłam,że flakonik skrywa to , czego oczekiwałam.Zapach pełen mocy i przepychu.Pełen fioletowej, krystalicznej głębi.Czasem mam wrażenie,że tak mógłby pachniec Ultraviolet Paco Rabanne, gdyby pozbawić go tej metalicznej nutki.A jeszcze częściej wyczuwam w nim pewną charakterystyczną nutkę, utożsamianą dotąd przeze mnie z zapachami Guerlain.Nutka ta to pełna pudrowej duszności kwiatowość.Ale jest to szlachetny puder.Ze składników najwyższej jakości.Taki delikatny pyłek, którym delikatnie omiata się twarz, a potem cały dzień unosi się wokół niej czysta, kwiatowa woń.Zapach Anny Sui zdecydowanie według mnie zasługuje na uznanie.Niby kwiatowy, ale nie do końca-gdzieś w tle kołacze się owocowa nutka.Niby nowoczesny, ale podszyty klasyką.Kryje w sobie zawoalowaną nutke retro, która dodaje mu niezaprzeczalnego uroku.Jest jak doskonale skrojona sukienka z najlepszych materiałów.Szlachetnie szeleszcząca przy każdym ruchu.Wyobrażam go sobie na toaletce tytułowej młodej damy, która już świadoma swojej urody, podkreśla ją jeszcze,żeby wydobyć z niej to, co napiękniejsze

.nuty głowy: bułgarska róża, bergamotka, malina,morela

nuty serca: jaśmin ,róża, lilia wodna

nuty bazy: drzewo cedrowe, bób tonka

rok powstania: 1999

twórca: (?) 

piątek, 13 lutego 2009

Opowieść o zapachu radości: Enjoy, Jean Patou

enjoy

Enjoy kształtem flakonu i nazwą nawiązuje do wielkiego klasyka Patou: Joy.Ja nie miałam jeszcze okazji tamtego poznać, jednak sądząc nawet po samym kolorze płynu mogę się domyślić,że te dwa zapachy oprócz tego właśnie koloru, nic nie łączy.Udało mi się za to poznać Enjoy i muszę przyznać,że mimo tych kwiatuszkowych nut zapach jest bardzo ciekawy.Powiedziałabym nawet,że szlachetny w swojej prostocie.Pierwsze co w nim wyczuwam to bergamotka.To składnik, który znajduję we wszytkich lubianych przeze mnie zapachach.Powoli się już przyzwyczajam,że jak w którymś z nich ona sie znajduje, albo, co lepsza-goździk, to jest ogromne prawdopodobieństwo,że zapach mi sie spodoba.Tak jest w przypadku Enjoy-zapach w sumie nieskomplikowany, ale posiada duszę.Oprócz bergamoty wyraźnie czuję owoce.Ale to nie są owoce leśne typu jeżyna, czy porzeczka(która co prawda jest w składzie,ale ja jej nie czuję).To owoce kapiące sokami jak melon czy ananas.Tych z kolei w składzie nie ma, ale dla mnie Enjoy taki jest-świeży i soczysty, choć może trochę kwaskowaty.Może to ta gruszka daje taki efekt:)Ta kwaskowatość właśnie nadaje zapachowi tej zadziornej szlachetności.Enjoy najlepiej nosi się wiosną w niezbyt gorące dni.Został jakby specjalnie stworzony na tą porę roku.Gdy się go wtedy używa, staje się świetlisty i lekki.Taki przestrzenny jak wonna mgiełka.Filigranowy jak baśniowy elf.Szczególnie lubi delikatny wiosenny wietrzyk.Razem z nim umyka ze skóry i wirując w powietrzu co jakiś czas znienacka przyjemną smugą wpada w nozdrza.W takich momentach można się w nim zatracić.W dni upalne trzyma sie z kolei bardzo blisko skóry.Jakby się sam sobą dusił.Traci swoją lekkość i powab.Wyraźnie męczy się z braku powietrza i nie jest już tak pociągający, choć nadal można usłyszeć: "czym tak pięknie pachniesz?";)

nuty głowy: gruszka, bergamotka, zielony banan, mandarynka, pomarańcza, czarna porzeczka

nuty serca: róża bułgarska, róża turecka, jaśmin indyjski, hedione

nuty bazy: ambra, wanilia, paczula, piżmo

rok powstania: 2003

twórca: Jean Michel Duriez 

czwartek, 12 lutego 2009

Opowieść o zauroczeniu: Angel Innocent,Thierry Mugler

innocent

Zaprzysięgłą wielbicielką Anioła klasycznego bynajmniej nie jestem-raz przyciąga, raz odpycha.Jednak gdy poznałam jego niewinną odmianę-przepadłam.Wbrew pozorom i nazwie ten Anioł wcale taki niewinny nie jest.Lżejszy co prawda od starszego brata, ale kusi mocno.Kto wie, czy nie bardziej.Miał być bardziej strawną odmianą klasyka,ale po tym jak powstał wydaje mi się,że to zapach zupełnie inny.Jak na mój nos z klasykiem łączy go tyle, co nic.A na pewno nie ma tej "trupiej", charakterystycznej i męczącej nutki.Rozkwita na mnie początkowo jadalnymi nutami porzeczki w syropie.Mam nawet wrażenie,że ten syrop to zapach rozpuszczonych,miodowych cukierków;)Zanim jednak mózg zacznie próbować tą nutę nazwać, ona znika i pojawia się chłód-ja w tym momencie wyczuwam lawendę i trudno mi uwierzyć,że w składzie jej nie ma.Innocent jest słodko-kwaśny.Jasny i przejrzysty jak sopelek lodu.Kryje w sobie chłód i ciepło równocześnie.Już kiedyś wąchałam perfumy o podobnym zamyśle.Były to Eau Torride Givenchy-też ciepło pomieszane z zimnem, choć zapach diametralnie różny.Innocent działają na mnie jak magiczna różdżka-wącham je i od razu wiem,że wszystko, czego pragnę, spełni się.Zamieniają mnie w kobietę-kusicielkę.Niegrzeczną dziewczynkę.Niby niewinną w swych zamiarach,ale tak naprawdę bardzo dobrze zdającą sobie sprawę w co sie pakuje;)Innocent ma w sobie tajemniczy urok przyciągający jak magnes.Naprawdę czuję się piękniejsza, gdy mam go na sobie.

nuty głowy: bergamotka, mandarynka

nuty serca: jeżyny, brzoskwinia, mango,morela, dzika jagoda, czarna porzeczka, miód

nuty bazy: białe piżmo, pralinki, pizmo,ambra, wanilia, karmel

rok powstania: 2000

twórca: Laurent Bruyere

Opowieść o królu szyprów: Bandit,Robert Piquet

 bandit

Bandit brutalnie obchodzi się z nosem.Wystarczy nieostrożność i przesada w dozowaniu, a on zadusza swoją mocą bez żadnego pardonu.Jest to zapach agresywny i pewny siebie.Zwierzęcy przez zawarte w nim skórzane nuty.Był podobno ulubionym zapachem Marleny Dietrich, ikony niemieckiego kina.Nie dziwię się-bardzo do niej pasował.Była to kobieta-wamp.O idealnej, wyrazistej urodzie.Piękna i wyniosła. Kontrowersyjna-często wywoływała obyczajowe skandale.Jednak ta z pozoru twarda i nieprzystępna kobieta potrafiła mocno kochać.Gdy zmarł Jean Gabin-największa miłość jej życia, długo nie mogła się pozbierać pogrążona w żałobie.Taki jest Bandit.Pełny przeciwieństw.Niby odpychający,ale przyciągający jednocześnie.Jest bardzo interesujący.Tak jak napisałam na początku-może zadusić przy nieostrożnym stosowaniu.Jednak użyty w małych ilościach obnaża swoje drugie, bardziej ludzkie oblicze.Zaczyna się ostrymi, pieprzno-leśnymi nutami. Po chwili czuć zapach spoconej, choć czystej skóry.Czuć oddech przesiąknięty dymem z papierosa.Bandit jest szorstki jak twarz nieogolonego mężczyzny, ale bardzo seksowny i pociągający w swej fizjologiczności.Jest suchy jak zapach polnych i leśnych ziół wplątanych we włosy ukochanego, który właśnie powrócił z polowania.Nieposkromiony jak dzikie zwierze, które osaczone nadal do końca walczy o życie.Bandit jest nietuzinkowy,ale jest mi trudno nazwać go pięknym.Choć pewnie jest piękny na swój sposób.Dla mnie jest na pewno bardzo intrygujacy, ale chyba nigdy nie będe w stanie go nosić.W nutach zapachowych jest dużo kwiatów,ale ja wyczuwam jedynie paczulę.Mnóstwo paczuli, podszytej skórą i ostrym wetiwerem.Został stworzony w 1944 roku przez Germaine Cellier, jednak w 1999 roku jego formuła poddana została odświeżeniu.Dokonała tego Delphine Lebeau of Givaudan.Ja znam i opisałam tą wersję odświeżoną,ale podejrzewam,że została zachowana pierwotna koncepcja zapachu i niewiele w nim się zmieniło.

nuty zapachowe: neroli, pomarańcza, ylang-ylang, galbanum, jaśmin, tuberoza, róża, goździk, skóra, wetiwer, oakmoss, paczula, pizmo

rok powstania: 1944/1999

twórca: Germaine Cellier/Delphine Lebeau of Givaudan

Opowieść o zielonym wietrze: Vent Vert,Pierre Balmain

 vent vert

Użycie Vent Vert jest jak danie nura w gęstą, wysoką trawę.Nagle znika błękitne niebo.Znikają kolorowe kwiaty.Widać tylko mnóstwo soczystej, świetlistej zieleni.Słychać brzęczenie owadów.Od razu w nos uderza wytrawna nuta galbanum-zero słodkości.A jeśli już jest ta słodycz, to jest to słodycz soków z wygniecionej trawy, które wsiąkły w wilgotną ziemię.Pomiędzy źdźbłami błąka sią wiatr od pól.Ogrzany już  słońcem, ale nadal orzeźwiający.Splątuje i rozchyla delikatnie trawy i nagle widać , jakie bujne życie w nich rozkwita.Jakie różnej maści owady w tej trawie żyją.Choćby taka biedronka-gdy patrzy się na nią z góry wydaje sie taka malutka.Gdy leży sie w trawie, a ona wspina sie obok po jednej z łodyżek, nagle widać każdy jej szczegół.Choćby mrówki-uwijające sie bez przerwy w sobie tylko wiadomym celu.Zawrotu głowy można od tego wszystkiego dostać.Nigdy wcześniej nie poznałam zapachu tak wytrawnie ziołowego, a równocześnie tak interesującego.Gdy wącham Vent Vert przypomina mi się zapach wiosennego wiatru .Niosącego ze sobą zapach żywic buzujących pod korą drzew.Zapach trawy gwałtownie rosnącej do góry.Zapach drzewek owocowych, które dopiero zrzuciły płatki kwiatów i już zaczynają wytwarzać z całej swej mocy zawiązki owoców.Przyroda buzuje, tryska sokami i żywicą, bucha soczystymi, oszałamiającymi woniami.Wszystko wokół żyje.W zapachu Vent Vert są także kwiaty.Ja ich jednak nie czuję.Nie jestem w stanie.Chowają się przed moim nosem głęboko pod poduchą ostrych nut galbanum i wetiwerii.Vent Vert zostały stworzone w roku 1947, jednak w 1990 roku zostały odświeżone.W nutach zapachowych pojawiły się ylang-ylang, fiołek, bazylia,drzewo sandałowe, ambra i kwiat pomarańczy.Nadal jednak w Vent Vert czuć nikłą nutkę retro.Mało kto używa dziś takich odważnych zapachów.

nuty głowy: galbanum, cytrusy, gardenia, brzoskwinia

nuty serca: róża, konwalia, irys, hiacynt, jaśmin

nuty bazy: oakmoss, wetiwer, styrax, piżmo

rok powstania: 1947/ 1990

twórca: Germaine Cellier

Opowieść o różanej królowej: Sa Majeste La Rose, Serge Lutens

 majeste rose

Zadziwiające, jak te perfumy są majestatyczne i wyniosłe...Jak ta pudrowa róża dodaje im powabu arystokratki.Myślałam,że poznałam już wszystkie oblicza róży w perfumach, jednak Jej Wysokość jest inna od tych, które znam.Jest to róża o płatkach jędrnych,mięsistych i ciemnych.Takich, z których można niemal wyciskać wonne soki.O płatkach w odcieniu głębokiej, prawie czarnej purpury.O woni gorzkiej i surowej jak świeżo garbowana skóra.O zdrewniałych ze starości łodygach i ostrych, czerwonych kolcach.Równocześnie jest to róża ciepła i mokra od deszczu..Taką różę znam ze swojego ogrodu-gdy po nagłej ulewie spomiędzy płatków rozwijających się pod dotknięciem słońca wypadają krople wody.I to właśnie one mają zapach Sa Majeste.Kompozycja jest trudna w noszeniu.Najpiękniej rozwija sie na mnie w ciepłe dni.W dni chłodne Królowa też jest zimna i odpychająca.Choć nadal wyraziście piękna.Prawdziwe upajające różami arcydzieło.Sa Majeste ma sobie dalekie echa zapachu Annick Goutal: Ce Soir ou Jamais.Jednak Królowa wydaje mi się bardziej dopracowana i dopieszczona od tamtych.Zapach dla fanatycznych zwolenników róż.Czyli mnie między innymi;))

nuty zapachowe:absolut marokańskiej róży, gwajak, goździki, biały miód, piżmo

rok powstania: 2000

twórca: Christopher Sheldrake 

Opowieść o zapachu ponadczasowym: Climat, Lancome

climat

 Cóż-mam słabość do zapachowych staroci.I dobrze mi z tym;)Climat poznałam pierwszy raz, gdy powrócił na perfumeryjny rynek w ramach La Collection Lancome.Podobno został trochę "odświeżony", jednak gdy już później miałam miniaturkę klasyka i mogłam porównać, nie zauważyłam większych różnic.Climat jest zapachem płynnym jak miód.Bardzo "zielonym".Wibrującym słodyczą trawiastych soków.Należy do szyprowców, ale te szyprowe nuty ledwo gdzieś tam w tle można wyczuć.Nadają jednak one kompozycji charakteru i powodują,że zapach nie jest nudny i jednostajny.Climat jest zapachem spokoju i bezpieczeństwa.Łagodnym jak poranny wietrzyk.Kojarzy mi się z bieganiem boso po kwitnącej łące.Z brakiem wszelkich trosk i problemów.Z delikatnym uśmiechem na szczęśliwej twarzy.Rozkwita na skórze powoli i stapia się z nią w jedną całość.Nad noszącą go kobietą unosi się wonną mgiełką, której źródło ciężko namierzyć.Taki jest nierzeczywisty, choć bardzo trwały i intensywny.Dozować go trzeba raczej oszczędnie, bo przy większych ilościach staje się męczący.

nuty głowy: bergamotka, fiołek, owoce

nuty serca: wetiwer, tuberoza,ambra, heliotrop,drzewo sandałowe, bób tonka

nuty bazy: aldehydy, konwalia, róża, jaśmin, piżmo

rok powstania: 1967/2005

twórca: (?)

Opowieść o różanej esencji: Mille & Une Roses, Lancome

mille roses

Pierwowzorem tych perfum był zapach, stworzony dla Lancome w 1999 roku: 2000 et Une Rose.Ten pierwszy pamiętam jak przez mgłę.Pamiętam obłą, błękitną kroplę flakonu, leżącą na perfumeryjnej półce.Raczej omijaną przez kobiety.Była to wersja limitowana.Zapachu nie zapamiętałam-testowałam tylko jeden raz i chyba nie zrobił na mnie wrażenia.10 lat temu miałam inne zapachowe upodobania.Za różą nie przepadałam.Teraz żałuję.Bo różę pokochałam z wzajemnością.2000 et Une Rose podobno był piękny.A jednak i w jego następcy udało mi się odnaleźć to, czego szukałam w zapachach różanych.Róża-królowa kwiatów, wyniosła i majestatyczna.O mięsistych, idealnie skrojonych płatkach.Odurzających swoją słodko-gorzką wonią.Szczególnie w ciepłe dni.Esencja tego kwiatu zamknięta została we flakonie Mille & Une Roses Lancome.Po nałożeniu na skórę zapach wybucha całym swoim wilgotnym, różanym bukietem.Mam wrażenie, jakbym znalazła się w środku różanego pola.Wszędzie zroszone poranną rosą kwiaty.Od purpurowo-czerwonych, poprzez różowe, błękitne, żółte, aż do kremowo-białych.Róże każdej odmiany.A każda o charakterystycznym dla danej odmiany zapachu.Róża purpurowa jest gorzka i mięsista.Błękitna ma w sobie metaliczną chłodną nutę.Różowa pachnie jak nadzienie do pączków-słodko i ulepnie.Żólta jest soczysta i pełna słońca.Biała-elegancka i kremowa.Wszystkie te nuty razem tworzą kompozycje harmonijną, bogatą w doznania olfaktoryczne i doskonale piekną.

nuty zapachowe: róża, bursztyn, wanilia, piżmo

rok powstania: 2006

twórca: Christine Nagel

Opowieść o gardenii: Gardenia, Isabey

gardenia

Ten zapach uwiódł mnie od pierwszego niucha.Czysty kwiat gardenii.O mięsisto-aksamitnych, kremowych płatkach i eterycznym zapachu-to on w całej krasie.Zamknięty na domiar w pięknym w swej prostocie flakoniku.Jak magiczny eliksir.Twórca Gardenii stworzyl zapach idealnie kwiatowy.Gardenia jest dopracowana w każdym, najdrobniejszym szczególe.Zapach jest czysty i świeży jak majowy poranek.Bez tej charakterystycznej dla wielu kwiatowych zapachów nuty "wody z wazonu".Szlachetny jak najdroższe tkaniny.Elegancki i wyrafinowany.Luksusowy w swojej wytworności.Po prostu piękny.Wibruje na skórze uwalniając w pełnej harmonii po kolei cały swój bogaty bukiet nut, z jakich jest stworzony.Bo gardenii towarzyszą w nim także ylang-ylang, nadający mocy, jaśmin-odurzający słodyczą, róża-nadająca charakteru,drzewo sandałowe nadające nieco ostrości oraz irys, otulający kompozycję swoją aksamitną,powabną miękkością.Dzięki temu zapach jest świetlisty i zmysłowy.Mało kogo zostawia obojętnym na swoją magię i urok

Nuty zapachowe: mandarynka, ylang-ylang, kwiat pomarańczy, wyciąg z gardenii, róża bułgarska, jaśmin, irys, piżmo, sandałowiec, ambra

rok powstania: 1924

twórca: (?) 

środa, 11 lutego 2009

Opowieść o zapachu kobiety: Le Dix,Balenciaga

 le dix

Nazwa tych perfum pochodzi od numeru domu, w którym mieścił się dom  mody Balenciaga. Muzą zapachu była Giene Tierney, amerykańska aktorka lat 40-tych.Piękna kobieta, o olśniewająco tajemniczej urodzie, aksamitnym spojrzeniu i jedwabistych, czarnych jak heban włosach.Kwintesencja prawdziwej, naturalnej i zmysłowej przy tym kobiecości.Bez żadnych zakłamań i strojenia się w cudze piórka.Bez udawania kogoś, kim się nie jest.Le Dix są takie.Mają w sobie szlachetną nutke retro, podkreśloną delikatnie aldehydami.Pierwsze skojarzenie, jakie się narzuca, to Chanel No 5.Podobieństwo,szczególnie w pierwszych momentach smakowania zapachu, jest uderzające.Jednak to Le Dix są szlachetniejsze.Aldehydy są owszem w sporej ilości, ale nie dominują nad całą kompozycją, jak to ma miejsce w najsłynniejszym zapachu świata.Stopniowo jak zapach rozkwita na skórze mieszają się z nutkami cytrusowymi, zeby pod koniec dać się otumanić wetiwerowi, nadającemu kompozycji delikatnej ostrości.Le Dix są słodkie słodyczą miodu.Aksamitne i bezpieczne jak otulający szal.Świetliste i nieco rozmyte.Parują ze skóry i unoszą się nad nią złotą mgiełką.Kobieta, która je na siebie ubiera, ubiera się w światło.Le Dix podkreślają jej osobowość.Dodają powabu i każą na nią patrzeć.Bo nie da się przejść obojętnie koło kobiety nim pachnącej.Unosi się w powietrzu zmysłową miodową chmurką i kusi,żeby się w nim zanurzyć i smakować z rozkoszą niczym ambrozję

nuty głowy: bergamotka, cytryna, kolendra, brzoskwinia

nuty serca: róża, konwalia, bez, irys

 nuty bazy: wetiweria, drzewo sandałowe, bób tonka, balsam peruwiański

rok powstania: 1947

twórca: (?)

środa, 04 lutego 2009

Opowieść o zapachu, który przeminął: Farouche,Nina Ricci

 farouche

 Farouche jest ogromnym bukietem ciętych kwiatów.Odurzająco i silnie pachnących, o łodyżkach kapiących jeszcze wodą po wyjęciu z wazonu.Nie są to jednak nudne kwiaty.Farouche rozkwitają na skórze.Mam wrażenie nawet,że żyją na niej.Są to perfumy intensywne, o nieco kwaskowatej, szyprowo-aldehydowej nutce.Po rozpyleniu unoszą się w powietrzu niczym delikatny kwiatowo-cytrusowy obłoczek, żeby za chwilę nabrać mocy i gęstości od jaśminu i lilii skąpanych w aldehydach.W sumie najbardziej wyczuwam jaśmin.I nie są to te eterycznie pachnące, świeże, białe kwiatuszki.To maksymalnie skondensowana esencja kwiatu.Ale piękna.Z czasem wyostrzają się i nabierają takiej gładkiej szlachetności.Mam wtedy wrażenie,że wyczuwam w nich szypry, może nawet podobne w tonacji do tych w Soir de Lune Sisley.Jednak te w Farouche nie są aż tak zimne i ekpansywne.Nie mają też zawartej w zapachu Sisley miodowej nuty,za to są nieco wysłodzone ambrą.Farouche kojarzą mi się z młodą damą, żyjącą w dworku szlacheckim, gdzieś w latach dwudziestych XX wieku.Zajęciem tej damy jest bywanie na salonach i prowadzenie niezobowiązujących towarzyskich konwersacji.Jest to dama, którą zawsze otacza wianuszek adoratorów.Taka kobieta-kokietka, która nieświadomie omamia mężczyzn zalotnym spojrzeniem, by za chwilę spłoniona spuścić wzrok, gdy jej oczy w oczach mężczyzny napotkają błysk zainteresowania.Jest to dziewczyna, która dopiero zaczyna byc świadoma swojej kobiecości, a której naiwna niewinność przyciąga jak magnes. Zapach w stylu retro-takich już nikt dzisiaj nie produkuje.Farouche też zresztą powoli odchodzą w zapomnienie.A szkoda.Bo to naprawdę bardzo ładny i intrygujący zapach.O niemal nieosiągalnej dla dzisiaj produkowanych perfum trwałości

nuty głowy: aldehydy, bergamotka, brzoskwinia, galbanum, mandarynka

nuty serca: róża, goździk, geranium, fiołek alpejski, kapryfolium, lilia

nuty bazy: drzewo sandałowe, vetiver, piżmo, ambra

rok powstania: 1974

twórca: Michel Hy

Opowieść o zaczarowanym ogrodzie: Eden, Cacharel

eden

Eden był zapachem, z którym wkroczyłam w moje dorosłe życie.Miniaturkę tych perfum otrzymałam na moje osiemnaste urodziny.Pamiętam, jakie czułam rozczarowanie, gdy zobaczyłam brzydki, zielony flakonik, niepodobny do niczego.I pamiętam, jaki chwilę później poczułam zachwyt, gdy zaaplikowałam kropelkę na moją skórę.Zostałam owionięta anielską niemal wonią i zakochałam się na zabój.Zapach ten stał się moim amuletem.Ze względu na jego moc i związaną z tym konieczność oszczędnego dozowania,zaczarowany płyn z miniaturki ubywał bardzo powoli. Jednak w końcu nadszedł ten dzień gdy wysuszyłam flakonik do ostatniej kropli,a wtedy ogarnął mnie ogromny żal.Czułam się tak, jakbym straciła coś ważnego.Nigdy później już go nie miałam, ale nadal go uwielbiam i tęsknie bardzo.I myślę,że jeszcze do mnie wróci.

Eden jest zapachem ogrodu przy starym, opuszczonym domu.Ogrodu, o którym dawno wszyscy zapomnieli, i o który od lat nikt sie nie troszczył.Ogrodu, nad którym przeszła własnie gwałtowna letnia ulewa, a który teraz ogrzewa słońce, wysysając z roślin i kwiatów całą ich oszałamiająco wonną wilgoć.Unosi się ona w powietrzu nisko nad ziemią i odurza swoją wonną mocą wszelkie żywe stworzenia.To jest właśnie Eden: zapach rozbuchanej, soczystej i splątanej roślinności.Ogród pełen dzikich pnączy, owiniętych wokół zdziczałych owocowych drzewek.Pełen nieprzebytych kłujących zarośli.Nieprzeniknionych, parujących wilgocią gąszczy chwastów. Roślinność ta już dawno rozrosła się tak,że przysłoniła niebo, przez co ogród pogrążony jest w szmaragdowym półmroku nawet w najbardziej słoneczny dzień.Eden jest charakterystyczny do bólu, ale przy tym tak intrygujący i oryginalny, że nie da się koło niego przejść obojętnie.Jest duszny-przy większej ilości można stracić oddech.Przy małej ilości, szczególnie letnimi wieczorami, na rozgrzanej skórze rozkwita całym swoim mrocznym, zielonym bogactwem.

nuty głowy:bergamotka, cytrusy,mandarynka, brzoskwinia

nuty serca: tuberoza, jaśmin, konwalia,róża

nuty bazy: cedr, paczula, drzewo sandałowe, bób tonka

rok powstania: 1994

twórca: (?)

poniedziałek, 02 lutego 2009

Opowieść o kobiecie z lodu: Blv, Bvlgari

 blv

Przy pierwszym kontakcie w nos uderza nuta tak pikantna i ostra(imbir),że można na moment stracić oddech.Jednak po chwili zmiękcza się ona i ustępuje pola bardziej przyjaznym nutom dającym efekt łąki pełnej fioletowych kwiatów.Dopiero za jakiś czas ten fiolet zmienia się w błękit,ale nadal z liliową poświatą.

Blv jest zapachem niczym tafla lodu-zimnym i przejrzystym.A choć ma w sobie i ciepło, to jest to rodzaj ciepła jakie panuje w pomieszczeniu wykutym z lodu.Blv jest niczym lodowe igiełki-wbija się głęboko w podświadomość i nie pozwala o sobie zapomnieć.Blv są piękne,niczym wyrafinowana i piękna, ale niedostępna kobieta.Kobieta, która pragnie miłości,ale jedyne na co potrafi się zdobyć to ledwo zauważalny uśmiech, który zamiast zachęcać trzyma jedynie na dystans.Taka, co intryguje,ale i onieśmiela jednocześnie.Marzą i śnią o niej skrycie w swych alkowach mężczyźni,ale żaden nie czuje, że mógłby być jej godzien.A jej serce bije gwałtownie pod sztywnym gorsetem przy każdym, złowionym przypadkiem w powietrzu, przelotnym męskim spojrzeniu.Twarz nabiera delikatnych rumieńców.Lecz wzrok ucieka natychmiast.Ręce chcą drżeć.Ale jej zewnętrzne, wyuczone przez wiele lat ćwiczeń opanowanie ,doskonale ten stan maskuje.Zapach nierealny i abstrakcyjny.Przy rozpylaniu na skórze niemal krystalizuje w powietrzu.Zagęszcza je.Jest jak nie z tego świata.Stworzony dla kobiet wyjątkowych i charyzmatycznych.

nuty głowy: bergamotka, imbir

nuty serca: wisteria, kwiat lnu

nuty bazy: akacja, wanilia, piżmo, drzewo sandałowe

rok powstania: 2000

twórca: Alberto Morillas

 

 
1 , 2 , 3